Wizyta w Rzymie dzięki Rome Half Marathon

Naprawdę to zrobiłem i przebiegłem Rome Half Marathon! Spontaniczna decyzja sprzed roku, pozwoliła mi spojrzeć na Rzym z innej perspektywy. A spodobało mi się to na tyle, że chcę więcej i więcej. Samych uczestników było zapisanych 40 tysięcy, przy czym do mety dotarło coś około 31 tysięcy. Do tego często wraz z uczestnikami przyjeżdżały osoby towarzyszące, więc od razu widać, że miasto gospodarz takiego wydarzenia wypełnia hotelom i restauracjom słabszy, jesienny sezon turystyką biegową.
To była 3. edycja Rome Half Marathon
Nie będę przynudzał o genezie tego jak to się stało, że w ogóle się zapisałem na ten bieg. Podam jedynie, że był to czysty spontan, gdy zobaczyłem jakiś materiał na Instagramie z poprzedniej edycji w 2025 roku. Nigdy wcześniej nie startowałem w takim biegu, a tu mnie skusiła wizja tego, że będę sobie biegł przy Bazylice św. Piotra, przy Schodach Hiszpańskich, Ołtarzu Ojczyzny, czy też fakt, że metę będę przekraczał z widokiem na Koloseum. Zdziwiło mnie jednak, że to jest tak młody projekt. Zapisałem się bowiem dopiero na 3. edycję tego półmaratonu. Sądziłem, że tego typu biegi mają bogatszą tradycję. No cóż, to tylko pokazuje jaki ze mnie nowicjusz w tym świecie.
Półmaraton w Rzymie, który zostanie w głowie
Zbieram myśli, żeby Ci tu coś sensownego napisać na temat wydarzenia i wrażeń jakich doświadczyłem, ale sam nie wiem od czego zacząć. Jeśli chcesz wystartować i się zastanawiasz czy warto, a może masz już nastawienie na start, ale pojawiają się jakieś wątpliwości, to nic się nie zastanawiaj. Warto zdecydowanie.
Atmosfera wydarzenia zaczyna się już w wiosce półmaratonu, gdzie odbierasz pakiet startowy. Później samo przyjście na start, bieg to już jest dodatkowa adrenalinka. Natomiast i po zakończeniu biegu, kolejne godziny na mieście, czy nawet kilka najbliższych dni, to wciąż wspomnienia i emocje, ale też i spotykanie w różnych miejscach uczestników Rome Half Marathon, którzy dumnie noszą swoje pamiątkowe medale.
To był błąd pod kątem regeneracji i odpoczynku
Ze względu na to, że to był mój pierwszy start, to nawet podpowiedzi od znajomych biegaczy nie sprawiły, że uniknąłem mniejszych lub większych błędów. Chodzi mi o takie błędy logistyczno-organizacyjne, ale też takie, które wpłynęły na moją formę już na miejscu.
Na pewno odradzam przylot na dzień przed zawodami. My lecieliśmy z Wrocławia do Ciampino właśnie w sobotę. Już na starcie lot się opóźnił o 1,5 godziny. To było na tyle istotne, że odbiór pakietów był tylko do godziny 20, a my mieliśmy planowo lądować przed godziną 13. Każde opóźnienie transportu wywołuje nerwówkę i taki trochę efekt domina na kolejnych etapach podróży.
Udało się jednak dolecieć. Z lotniska autobusem komunikacji miejskiej linii 720 (bilet zapisywany na karcie bankomatowej, którą przykładałem do urządzenia Tap&Go w środku autobusu, to był koszt 1,5 Euro za 100 minut jazdy. Mogłem wysiąść i wybrać kolejny autobus lub metro w tym czasie) przedostaliśmy się do stacji początkowej metra linii B, czyli Laurentiny. Stamtąd udaliśmy się do 7. w kolejności stacji Garbatella. Chwila spacerkiem i stres z odbieraniem pakietu startowego minął. Zdążyłem w miarę o przyzwoitej porze, bo jakoś przed 16.
Potem pokrążyliśmy po tej wiosce zawodów, zrobiłem sobie trochę zdjęć przy liście startowej, podpisałem się na pamiątkowej ściance, z grubsza zobaczyłem stoiska sponsorów i ruszyliśmy dopiero na bazę. Na nogach byliśmy od 7 rano. Stres, emocje plus fizyczny wysiłek mocno rozładowały moje zapasy energii.

Ładowanie węglowodanami czyli szukam makaronu
Zameldowaliśmy się w Bed&Breakfast 30 i po szybkim odświeżeniu ruszyliśmy na spacer po okolicy. Nie chcieliśmy się już nigdzie dalej zapuszczać, żeby nie robić kilometrów na nogach. Poszperałem tylko w sieci i znalazłem restaurację z makaronami, która miała przyzwoite opinie. W końcu musiałem przyswoić trochę węglowodanów przed biegiem.
Myk polegał na tym, że to było jakoś przed godziną 19, a byliśmy już głodni. Tymczasem jak to we Włoszech, wybrana restauracja otwierała się dopiero od tej 19-tej. No to pokrążyliśmy jeszcze te 15-20 minut. W końcu zajęliśmy stolik, dostaliśmy kartę menu i… tutaj zdziwienie. Nie ma makaronów. Akurat nie serwowali tego dnia na kolację nic a nic z makaronów. Nie chciało nam się już łazić w poszukiwaniu węglowodanów, więc zostaliśmy na pizzy. Trudno. Za dwie rzymskie pizze, wodę gazowaną, przystawkę i bodaj jakiś napój gazowany, zapłaciliśmy ok. 30 Euro, więc dramy nie było.
Autobusy widmo o poranku
Wiesz, jeśli chodzi o komunikację miejską, a właściwie o punktualność oraz rozkład jazdy, to z założenia wiemy, że to nie działa. Co ma być, to będzie. Jednak rano na punkt startowy musieliśmy się jakoś dostać, a iść z buta nam się nie chciało, bo to było jakieś 5 km.
Wsiedliśmy do autobusu 775, gdzie poznaliśmy też polską parę zmierzającą na bieg (pozdrawiam Karolinę i Szymona, jeśli jakoś trafili na ten tekst). W autobusie kierowca obwieścił, że w związku z zamknięciem dróg przez półmaraton, on za chwilę skręca. No to my sprint po wyjściu do linii 780, ale po jednym przystanku i tamten kierowca zakomunikował, że skręca w drugą stronę. Wysiedliśmy i myślimy w czwórkę co tu zrobić.
Już mieliśmy dreptać na pieszo, ale przy przejściu stały elektryczne rowery miejskie. „Co, my nie pojedziemy na rowerach?”. Szybko ogarnęliśmy apki na telefonach z podpięciem do płatności i rura. Strzał w dziesiątkę. Coś wspaniałego tak się przejechać przed 7 rano, pustymi ulicami, wśród rzymskiej scenerii. Dodatkowe endorfiny naładowane.
Bieg mentalnie bardzo szybko minął
Niesamowite tłumy na starcie. Zapisanych 40 000 ludzi, byliśmy podzieleni na fale startowe na podstawie deklarowanego czasu ukończenia biegu. Tak trafiłem do fali nr 3. Organizacyjnie półmaraton przygotowany – moim zdaniem – wzorowo. Do niczego nie mogłem się przyczepić. Doskonale wiedziałem, gdzie i o której muszę być. Bez problemu trafiłem do swojej „czerwonej” bramki.
Myślałem, że już samo pojawienie się na starcie będzie bardziej emocjonalne, ale te prawdziwe dreszcze pojawiły się dopiero po przekroczeniu linii startu, gdy zobaczyłem pierwszych kibiców z transparentami oraz okrzykami. Miałem takie wzruszenie i myśli „dobra jestem, działam, biegnę”. Trudno to opisać, bo tylko ja sam wiem ile za tym wszystkim stało wysiłku, mobilizowania się na treningi czy słońce czy deszcz. Ile było analiz parametrów w apkach, śledzenia jak forma rośnie, zamartwiania się, gdy pojawiły się lekkie kontuzje czy jakieś przeziębienia wyłączające z tego treningu.
Potem robiłem już swoje. Mijały kolejne kilometry. Pierwsze doświadczenie ze strefą nawadniania, pierwsze doświadczenia w przeciskaniu się w tłumie. W końcu widok obiektów, które nadają barw całemu Rome Half Marathon, czyli Piramida, Circus Maximus, Zamek św. Anioła, Bazylika św. Piotra, Stadio Olimpico, Piazza Popolo, Schody Hiszpańskie, Ołtarz Ojczyzny. No i ten podbieg do mety z Koloseum w tle. To był drugi wzrusz.
Bieg minął mentalnie mi bardzo szybko. Był fragment, że chyba na 12 km, gdy zegarek dał znać to pomyślałem „o już 12, a gdzie 8, 9, 10 i 11 km?”. Po prostu biegłem i cieszyłem się tym. Byłem zrelaksowany. I o ile mentalnie tak jak mówię poszło szybko, to z czasu na mecie jestem średnio zadowolony. Teraz z perspektywy czasu tak to analizując, wiem co bym zrobił inaczej i wiem, że mogłem przebiec to szybciej. No cóż, trzeba będzie to zrobić jeszcze raz.

Rzym zawsze będzie wyjątkowy
Myślę, że Rzym już zawsze będzie dla mnie wyjątkowy. Nie dość, że to miasto, które bardzo lubię, które podziwiam, to jeszcze właśnie tutaj był mój pierwszy półmaraton. To tutaj odebrałem swój pierwszy medal pamiątkowy. To tutaj biegłem po raz pierwszy wśród tylu ludzi. Wszystkiego się uczyłem, doświadczałem i to zaowocuje na kolejnych biegach. Te na pewno będą, bo dostałem nowego, dodatkowego powera i chcę się w to bawić dalej. I Tobie polecam naprawdę taki bieg.



Dodaj komentarz