Samochodem na Sardynię
Samochodem na Sardynię tak po prostu oczywiście się nie da dostać, ale są promy i w tym tekście opiszę Ci jak wyglądała właśnie taka podróż. Startowałem spod Wrocław i musiałem się dostać docelowo do Livorno. Stamtąd na promie ruszyłem na Sardynię. Jednak po kolei.
Na wakacje samochodem na Sardynię
Trzeba mierzyć siły na zamiary, a że już trochę tych tras do Włoch w swoim życiu zrobiłem, to wiem z czym to się je. Jeśli masz do pokonania 1500, 1700, 2000 km, to od razu Ci mówię, żeby to sobie podzielić. Można kozaczyć na zasadzie „co ja nie zrobię tego dystansu?”, ale po co tak ryzykować? Zwłaszcza, że mówimy o jeździe na wakacje i pewnie z rodziną na pokładzie. Ja w 2019 roku zrobiłem trasę bez snu od 18 w piątek do 16 w sobotę, gdzie pokonaliśmy około 1600 km i powiedziałem, że nigdy więcej czegoś takiego nie chcę przeżyć.
Dlatego wydać 500, 700 czy 1000 zł na dodatkowy nocleg na trasie przy cenie całych wakacji, to jest żaden koszt. W końcu bezpieczeństwo powinno być priorytetem. Jeśli mógłbym coś podpowiedzieć, to uwierz mi 10h – 11h za kółkiem wystarczy.
Przystanek w Wenecji, pamiętaj o winietach
Dlatego ja startując spod Wrocławia obrałem azymut na Wenecję, a dokładniej Mestre. Trasa przez Czechy i Austrię zajęła nam nieco ponad 11h i to już było naprawdę wystarczające. Zaplanowaliśmy to tak, żeby dzieci, które mieliśmy na pokładzie z rana jeszcze przynajmniej Polskę przespały, więc wyruszyliśmy o 4 nad ranem i spokojnie 120-140 km/h sobie jechaliśmy do pierwszego checkpointa.
No, ale żeby trasę pokonać bez nawet tych formalnych problemów, to wcześniej zadbaliśmy o zakup winiet. W Czechach obowiązują tylko elektronicznie. Ja zatem i na Czechy na Austrię kupowałem za pośrednictwem aplikacji Autopay i miałem spokój. Tylko sprawdź dokładnie nr rejestracyjny przy wpisywaniu, bo oglądałem tiktoka jak zatrzymali rodzinkę w Czechach, a okazało się, że pani zamieniła kolejność literek. W każdym razie potwierdzenia winietek przyszły max tam chyba po 15 minutach na maila. Gdzieś w sieci widziałem info, że nie da się z dnia na dzień do Austrii kupić. No to ja zaprzeczam, bo kupowałem w piątek ok. godziny 18 i miałem po kilkunastu minutach, żeby już na drugi dzień śmigać tamtejszą autostradą.
Rozplanowane tankowanie na trasie
Nie wiem czy masz doświadczenie, czy też nie, więc to też podpowiadam. Trzeba dobrze rozplanować tankowanie na trasie, bo ceny za litr są różne. A jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że na autostradach jest drożej, to w ogóle można trochę przepłacić. Zamiast na dodatkowe lody czy pyszne pizze, wydacie na litry do baku.
My zatankowaliśmy pod kurek w Polsce. Potem mimo, że jeszcze było sporo paliwa, to i tak stanęliśmy na czeskim Orlenie w Mikulovie przed granicą z Austrią, żeby uzupełnić i to nam już wystarczyło do Włoch. Ceny paliw w poszczególnych państwach możesz sprawdzić na tej stronie: https://www.e-petrol.pl/notowania/rynki-zagraniczne/stacje-paliw-europa
Regeneracja, ale z turystyczną przygodą
Gdy dotarliśmy do Mestre, zameldowaliśmy się w hotelu, który wcześniej ogarnęliśmy przez Booking. Zależało mi, aby był max 2 km od dworca kolejowego. To dlatego, że po 2-3h popołudniowej drzemki, udaliśmy się na wycieczkę do Wenecji, a tam podjechaliśmy 10 minut właśnie lokalnym pociągiem.
O samej wycieczce gdzieś na blogu będzie jeszcze, ale chciałem tylko zwrócić uwagę, że spacer po Wenecji mimo, że też nas zmęczył, to jednak to już był element wakacji. Zjedliśmy zatem tam kolację, przeszliśmy się wąskimi uliczkami i mostami, aby koło 23 wrócić do hotelu. Normalnie się wyspaliśmy, a więc regeneracja nastąpiła i mogliśmy ruszać dalej w trasę. Zanim wbiliśmy na autostrade, to jeszcze w Mestre odwiedziliśmy stację, aby uzupełnić paliwo. Wiadomo, taniej.
Długi dzień wycieczek zanim prom
Z pełną świadomością i premedytacją kupiliśmy bilety na nocny prom. Chcieliśmy przespać ten morski odcinek, żeby na Sardynii pierwszego dnia nie być jak zombie. Chcieliśmy od razu jechać zrelaksowani na pierwszą z rajskich plaż. Plan nam wyszedł, ale to oznaczało, że musieliśmy sobie zagospodarować jeszcze cały dzień we Włoszech. Z Mestre do Livorno było bowiem jakieś 3,5h jazdy.
Wybraliśmy się zatem najpierw na wycieczkę do Bolonii. Jeszcze w hotelu rano ogarnąłem gdzie zaparkujemy, żeby bezpiecznie zostawić auta. W końcu dużo sprzętu mieliśmy na pokładzie, a to kamerki, a to supy itd. Tam pospacerowaliśmy i zjedliśmy obiad.
Następnie jakieś 30 minut jazdy od Bolonii odwiedziliśmy Maranello, a więc miasteczko gdzie mieści się siedziba Ferrari. Stamtąd dopiero koło 16 ruszyliśmy w kierunku Livorno. Czas nam zatem szybko leciał od punktu do punktu, a przy okazji wykorzystaliśmy go na wycieczki, a nie zwykły tranzyt.
Samochodem na Sardynię w logistycznej układance
Prom linii Grimaldi startował z Livorno o 22.00. Mieliśmy informację podobną do tych z lotnisk, żeby być już w porcie 2 godziny wcześniej. Znaleźliśmy 6 km od doków jeszcze restaurację, aby zjeść kolację i stamtąd udaliśmy się na załadunek. Mogliśmy jeszcze skoczyć do centrum Livorno i tam coś zjeść, ale woleliśmy nie ryzykować potem jakimś korkiem na dojeździe.
Zajechaliśmy do portu zatem jakoś 19.40. Ogólnie dojazd oznakowany, tylko na jednym rondzie już w porcie nas panowie nakierowali, ale i tak nawigacja Google działała bez zarzutu. Musieliśmy jednak zaczekać do formowania kolejki, bo jeszcze wyjeżdżały pojazdy, które przypłynęły do Livorno.
Jestem pod wielkim wrażeniem, jak tam w porcie to jest wszystko dobrze poukładane logistycznie, aby nie tracić czasu. Wszystko musi przebiec sprawnie przy załadunku i faktycznie tak było.
Finał Euro na tablecie i cierpliwe oczekiwanie
Zanim wjechaliśmy na pokład, kazali nam wjechać na parking z wydzielonymi pasami. Ustawiali nas auto za autem, żebyśmy potem po kolei pas po pasie startowali na prom. No to już sobie przejechaliśmy na parking, po uprzednim pokazaniu biletów, a na samym parkingu chodziła ekipa i naklejała na szybę kod kreskowy plus nam wręczali ticket z informacją o nr kajuty. A tak, bo o tym nie wspomniałem. Wzięliśmy kajuty, aby się wyspać, ale na Grimaldi można jeszcze opcję bez jakiegokolwiek miejsca, wtedy się 10h spędza na podłodze na korytarzach; jest tez opcja z miejscem siedzącym w rzędach jak w samolocie albo właśnie kajuty z oknem lub bez. Odradzam najtańszą wersję, tę korytarzową. Nie wyśpicie się, połamani będziecie, szkoda.

Tak się złożyło, że to była niedziela, dzień finału piłkarskiego Euro. Mecz się zaczął o 21, więc puściłem sobie na tablecie, co akurat pasowało mojemu parkingowemu sąsiadowi, który sobie też spoglądał. Jakoś przed 22 zaczęli nas puszczać. Spędziliśmy zatem tam ponad 2h, ale czy gdzieś się śpieszyliśmy? Byliśmy najedzeni, zrelaksowani i nawet nie tak zmęczeni, jak dzień wcześniej, gdy jechaliśmy non stop.
Zachciało się samochodem na Sardynię, więc były emocje
Wiele razy byłem na Sardynii, ale zawsze latałem. Jakoś nigdy nie było okazji wybrać się promem, więc tym bardziej byłem podekscytowany, żeby zobaczyć jak to wygląda. Pierwsze ożywione emocje pojawiły się na starcie z parkingu. Na sąsiednim pasie Słowakom akumulator odmówił pracy i zaczęła się gorączkowa próba uruchomienia pojazdu. Nas obsługa goniła, że mamy ruszać, ale widziałem jak z kolejnego pasa jeden Włoch ruszył z kablami na pomoc. Podjeżdżaliśmy do statku to akurat ci Słowacy ustawili się dwa pasy od nas, więc im się udało, ufff.
Pora na wjazd na okręt. No i tu już emocje takie pozytywne. Ważna sprawa, to przy zakupie biletów na prom na stronie https://www.aferry.com/pl-pl/ trzeba podać jakim autem będziecie. To ma znaczenie. Ale dobra do rzeczy. Wreszcie nam machają, ruszamy na rampę, nie wiedząc co tam, jak tam w środku. W aucie cisza, ja skoncentrowany, bo SUV-em to musze dodatkowo uważać na jakieś ciasnoty. Dojechałem do ściany, a tam grupa speców od tetrisa nas ustawia. Myślałem, że będę miał się ustawić za kolegą, który jechał przede mną, ale wtem mistrz z tej grupy pomachał mi, że mam się nie przejmować czujnikami auta i on mnie ustawi na sąsiednim pasie. Rozumiesz to, miałem mu zaufać, obcemu kolesiowi, że on nic nie zrobi mojej maszynie. No i zaufałem, czujniki na czerwono, pipczały fes, ale ustawił mnie 1 cm od następnego zderzaka. I tak zaparkowali cały pokład! Cudo.

Zameldowanie, rozluźnienie, sen i meta
Jako, że jechaliśmy samochodem na Sardynię, to wcześniej ze szwagrem ustaliłem, że my jako kierowcy jakieś pierwsze piwko wypijemy dopiero na promie. Żony poleciały na 7 pokładzie do recepcji po karty do kajut, po chwili się mogliśmy rozgościć w przyjemnym pokoiku i wziąć prysznic. Chwila oddechu i wyszliśmy na najwyższy pokład pod chmurką, gdzie okazało się, że jest bar, DJ grający muzykę taneczną. Ludzie albo przy stolikach sobie rozkładali jedzenie z maka, które kupili tuż przed wjazdem na prom albo zaczynali grac w karty albo jeszcze inni rozkładali się śpiworami na leżaczkach. Bardzo głośne miejsce, luźna atmosfera, bardzo nam się to spodobało po tych dwóch dniach podróży.
Posiedzieliśmy przy dwóch piwkach, ale rano pobudka, więc koło północy poszliśmy spać i powiem Ci, że się wyspałem. O 5 już z głośników rozległ się głos, że kto ma śniadania z jakiś tam pokładów to już może korzystać, a ogólnie no to była forma pobudki. Jednak spokojnie do 6 jeszcze można było przymknąć oko. My woleliśmy się już spakować i obejrzeć wschód słońca. Do auta zejść się nie dało, bo parking był zamknięty, poza tym tam czekać to byłaby udręka, bo strasznie gorąco było na tym pokładzie. Obejrzeliśmy zatem dokowanie, jak ten wielki prom parkuje i wtedy ruszyliśmy do samochodów. Jakoś po 7 siedzieliśmy w pojazdach, a z promu zjechaliśmy koło 8. Tym samym rozpoczęła się nasza przygoda i dotarliśmy samochodem na Sardynię.